Przejdź do treści

Instytut Suwerennej

Strona główna » Tusk i cień Carla Schmitta. Co kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego mówi o polskiej polityce?

Tusk i cień Carla Schmitta. Co kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego mówi o polskiej polityce?

Kolaż portretów Donalda Tuska i Carla Schmitta

Tusk i cień Carla Schmitta. Co kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego mówi o polskiej polityce?

Jakub E. Frąckiewicz

Jakub E. Frąckiewicz – student stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie w Białymstoku, sekretarz Koła Naukowego Stosunków Międzynarodowych UwB

Gdy w nocy pod bramą najważniejszego Trybunału w Polsce pojawia policja, wzywany jest ślusarz, a Prezydent osobiście bierze udział w przepychankach oznacza to, że kończy się debata na temat sądownictwa. Kończy się debata. Nie ma już na nią zwyczajnie miejsca. Z przestrzeni debaty przechodzimy do przestrzeni politycznego działania. Nocne wydarzenia w Trybunale Konstytucyjnym z Prezydentem RP Karolem Nawrockim i sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej to nie jest kolejny etap prawniczego sporu. Spór ma charakter typowo polityczny. Prawicowi publicyści patrzą na te wydarzenia i próbują opisać je językiem i kategoriami Carla Schmitta. Mimo często wkradających się błędów interpretacyjnych mają rację – to myśl Schmitta stanowi klucz do zrozumienia co istoty tych wydarzeń.

Liberalny system prawny zakłada, że prawo jest zupełne. Nazywa i opisuje wszystkie możliwe kategorie. Opisuje ono zasięg uprawnień organów władzy. Jeżeli jakiś organ wykracza działaniami poza opisane w ustawach kompetencje – postępuje nielegalnie. Jednak Carl Schmitt w Teologii politycznej zauważa, że „suwerenny jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym”1. Stan wyjątkowy należy rozumieć tu dosłownie wobec normy prawnej. Nie jest to stan, opisany w konstytucji tą nazwą. Stan wyjątkowy o którym pisze Schmitt nie jest opisany w normie, ponieważ jest on ponad nią. Na poziomie prawnym stan wyjątkowy jest czymś analogicznym, czym cud na poziomie teologicznym2. Jest on poza wszelkimi regułami, a decyduje o nim Ten, kto ma zwierzchnią władzę. Suwerenność opiera się na możliwości zdecydowaniu o takim wyjątku.

Donald Tusk zetknął się z myślą Schmitta, a nawet dał się sfotografować, gdy czytał numer „Kronosa” poświęcony Szekspirowi i Schmittowi. Doskonale rozumie on wyżej przytoczoną mechanikę o czym świadczą podejmowane przez niego działania. W momencie, gdy obie strony pozornie prawniczego sporu odmawiają sobie wzajemnej legitymizacji pojawia się pytanie quis judicabit? – kto decyduje? Tusk stwierdził, że on sam jest tą osobą – uosobieniem hobbesowskiego Lewiatana. Napisał on na portalu X:

„Przywracanie rządów prawa jest naszym obowiązkiem. Po latach pisowskiego bezprawia to proces trudny, czasem bolesny i wymaga zdecydowanego działania. Innej drogi nie ma.”3

Argumentacja, że przywracanie rządów prawa wymaga zdecydowanego, aczkolwiek bolesnego działania przypomina tą, którą Schmitt rozwinął w artykule Führer jest obrońcą prawa4. Mimo co najmniej wątpliwej legalności swoich działań Tusk stawia się w roli obrońcy prawa. Prawo bowiem rozumie znacznie szerzej, ale i bardziej specyficznie niż „pusty legalizm”5. Podobnie pasuje tu rozróżnienie, które czyni Schmitt w tym tekście na państwo wodzowskie (Führerstaat), które jest przeciwieństwem liberalnego państwa prawa (Rechtstaat)6. Tusk istotnie staje się tu wodzem liberalizmu sprzeciwiając się liberalnej idei państwa prawa, by jak twierdzi uratować państwo prawa. Wydaje się to tyleż cyniczne co paradoksalne. Tusk to wódz uśmiechniętej Polski i demokracji walczącej.

Jednak w naszym systemie politycznym Donald Tusk nie jest jedyną osobą, która może rościć sobie prawo do suwerennej władzy, do decydowaniu o wyjątku. Problem każdej analogii teologii politycznej leży w tym, że przywódca państwa może być wszechwładny jedynie prawnie, więc abstrakcyjnie, ale nigdy nie fizycznie i konkretnie. Wynika to z faktu, że żaden prezydent ani premier nie jest Bogiem.

O ile w państwach takich jak Francja czy Federacja Rosyjska oczywistym jest, że to prezydent jest pierwszym człowiekiem w państwie, a premier drugim, tak w polskiej wariacji systemu parlamentarno-gabinetowego, który charakteryzuje się podwójną egzekutywą nie jest to takie proste. Mamy bowiem dwie osoby, które w sytuacji granicznej mogą chcieć decydować. Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska oraz Prezydenta Karola Nawrockiego, który jest również na mocy swojego urzędu zwierzchnikiem sił zbrojnych. Prezydent dowiedziawszy się o zaistniałej sytuacji przerwał wizytę zagraniczną i fizycznie pojawił się w Trybunale. Władza, która do tej pory była zamrożona w instytucjach politycznych wróciła do swoich fizycznych korzeni. Sytuacja odsłonięcia nagiej władzy pokazuje, że decyduje ten, kto wezwie ślusarza, albo siłą fizyczną dostanie się do budynku Trybunału.

Liberalizm wierzy, że państwo potrafi zneutralizować konflikty. Zamrozić je w ramach prawnych instytucji. Jest to niewątpliwie część prawdy. Carl Schmitt uważał, że „Specyficznie polityczne rozróżnienie, do którego można sprowadzić wszystkie polityczne działania i motywy jest rozróżnienie na przyjaciela i wroga”7. Konflikt o Trybunał jest oczywiście konfliktem politycznym, a obie strony swojego wroga już dawno wyznaczyły. Nie jest to spór prawniczy ani moralny. Jest on dogłębnie polityczny. Wróg jest bowiem „tym innym, jest obcy, i to w zupełności wystarcza by określić jego istotę. Dlatego w ekstremalnym przypadku może dojść do konfliktu, którego nie da się rozstrzygnąć za sprawą przyjętych z góry ogólnych unormowań”8.

W przypadku kryzysu związanego z Trybunałem Konstytucyjnym nie istnieją z góry przyjęte unormowania, na które obie strony mogłyby się zgodzić. Dlatego dochodzi tu do konfrontacji. Koniec końców decyduje ten, kto jest w stanie zmobilizować odpowiednie siły i środki.

Konflikt, który był zamrożony w ramach politycznych instytucji zawsze może się „rozlać” i wyjść poza swe ramy. Można by powiedzieć, że gdy dwie frakcje polityczne przestają uznawać swoją prawomocność prawo staje się jedynie pałką w ręku silniejszego. Oponent polityczny przestaje być adwersarzem w debacie, a staje się wrogiem, którego obecność w strukturach państwa zagraża samego istnieniu „naszej” formy egzystencji. Zdążyły powstać już publicystyczne opinie, które przekonują, że też rozumiana schmittowsko polityczność dociera to szczytu intensywności9. Należy ostrożniej formułować wnioski. Całe szczęście nie jesteśmy w sczycie polityczności, ponieważ oznaczałoby to właściwie krwawą wojnę domową. Mimo fizycznych konfrontacji wróg nie jest pozbawiany życia. Dwie przeciwne sobie wole polityczne rywalizują na razie bezkrwawo, choć oczywiście intensywnie.

Konflikt o Trybunał Konstytucyjnym nie jest sporem prawniczym. Nie jest to spór o to, kto ma rację. To spór wartości. Wartości, które są zarzewiem niezgody w IIIRP od wielu lat. Nie jest to też konflikt interesów. „Różnicę interesów można wyjaśnić i rozstrzygnąć – zderzenie wartości można tylko stwierdzić (…)” – pisał Krzysztof Michalski10. Kryzys wokół Trybunału nie mówi nam wiele o Tusku, oprócz tego, że jest zręcznym politykiem, który mniej lub bardziej zna i rozumie teorię polityczną Carla Schmitta. Mówi nam sporo o naszym systemie politycznym. Zgodnie z zasadą „wasz prezydent, nasz premier” mogłoby się wydawać, że przeciwne bloki polityczne mogłyby wzajemnie się blokować i współpracować celem osiągnięcia najlepszych, rozwiązań. System polityczny jest jednak tylko pudełkiem, w którym znajduje się zaprojektowany przez człowieka mechanizm władzy. Donald Tusk jedną nogą z tego pudełka wyszedł. Pytanie o to, dlaczego Donald Tusk podjął taką a nie inną decyzje i dlaczego teraz pozostaje bez odpowiedzi. Być może ma informacje, według których była to z jego perspektywy najbardziej racjonalna opcja. Być może tak jak tytułowy bohater Króla Ryszarda III Szekspira, który testuje swoją władzę na Lady Annie podejmując próbę jej uwiedzenia. Tego nie wiemy. Najwięcej jednak kryzys mówi nam o Polakach. O tym według jakiego klucza dzielą się wewnętrznie na przyjaciół i wrogów. Na tych którzy wiwatują na wieść o przejęciu Trybunału i na tych, którzy pod nim protestują. Ostatecznie konflikt może być przypomnieniem, że żaden system prawny nie obroni się tam, gdzie elita rządząca nie zgadza się co do tego czym jest prawo i kto jest interpretuje.

1 C. Schmitt Teologia polityczna. Cztery rozdziały poświęcone nauce o suwerenności [w:] Teologia polityczna i inne pisma, Warszawa 2012, s. 45.

2 Tamże, s. 77.

3 https://x.com/donaldtusk/status/2116238502027464938

4 C. Schmitt Fuhrer jest obrońcą prawa, tłum. P. Graczyk, „Kronos” 2010, nr 2, s. 63-67.

5 Tamże, s. 63.

6 Tamże, s. 65.

7 Tenże Pojęcie polityczności [w:] Teologia polityczna i inne pisma, Warszawa 2012, s. 254.

8 Tamże.

9 Tak uważa przykładowo Pan Szymon Bogucki o czym pisze na łamach Nowego Ładu: https://nlad.pl/noc-w-trybunale-konstytucyjnym-rzad-tuska-postawil-sie-ponad-prawem-analiza/#_ftn1.

10 K. Michalski Polityka i wartości, „Kronos” 2010, nr 2, s. 161.

Przejdź do treści